Subscribe via RSS

Olga Gromyko, Zawód: Wiedźma i kolejne tomy

Jestem tak bardzo oczarowana pisarstwem tej pani, że aż przypomniałam sobie o swoim czytelniczym blogu. Kończę właśnie Wiedźmę Naczelną i bardzo, ale to bardzo żałuję braku kolejnej lektury spod pióra Gromyko.

Cała seria o wiedźmie jest wartka, interesująca fabularnie i przede wszystkim zabawna. Humor autorki odpowiada mi bardzo. W porównaniu do innych książek, których wartość budowana jest w dużej mierze na humorze językowym, w przypadku Gromyko żarty mnie bawią i naprawdę rzadko mam wrażenie, że są wymuszone (co zdarzało się częściej np. w przypadku książek o wiedźmie Brzezińskiej). Konkludując: seria jest świetna i gorąco ją polecam.

Dla tych, których bawi: ‘Opowieści z Wilżyńskiej Doliny’ A. Brzezińskiej, ‘Narrenturm’ Sapkowskiego.

Opis Wydawcy:
Dlaczego mistrz wrzuca młodziutką magiczkę na głęboką wodę zagadki, która przed nią pochłonęła 13 ofiar, w tym… kilku magów z doświadczeniem?
Bo ma talent. Bo jest wystarczająco wścibska i ciekawska, a dwutomowa podróż w jej towarzystwie przekonuje, że to świetny kompan i – wbrew pozorom – nielichy przeciwnik.
Taka jest rudowłosa Wolha Redna, jedyna kobieta na typowo męskim wydziale magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa.
Postrach strzyg, gwiazda magii praktycznej, autorka rewolucyjnych tez obalających wiekowe mity o wampirach (w tym bzdury o czosnku), niestrudzona badaczka obyczajów i życia codziennego krwiopijczej społeczności.

Córka Żywiołu (wpis gościnny)

Do Córki żywiołu Leigh Fallon podeszłam – że posłużę się niegdyś popularnym zwrotem reklamowym – z pewną dozą nieśmiałości.
Ostatecznie, ile można czytać o tym, że ona kocha jego, a on ją, ale napotykają pewne trudności. Uczciwość co prawda nakazuje, by sprecyzować, że owe trudności mają najczęściej charakter stomatologiczno-dietetyczno-dermatologiczny (piszę ogólnie, bo nie wiem jak w stomatologii nazywa się ruchome kły), ale zbytnie wyeksploatowanie wątku wampirycznego w tak zwanym paranormal romance, wpływa na mój odbiór wszystkiego, co do tego gatunku należy.
W końcu jednak (listopadowość mnie zaatakowała!) postanowiłam sięgnąć i muszę przyznać, że nie było tak źle. Żeby nie było wątpliwości: jako, że rzecz należy do gatunku paranormal romance, to musiały znaleźć się w niej elementy takie jak: on i ona, chemia między nią a nim, niezwykłe moce u niej i u niego. To wszystko było, ale – oprócz schematu – było w niej też coś odświeżającego.
Co prawda jestem zagorzałą wielbicielką True Blood, ale – jak już wspomniałam – wątek wampirycznym jest ostatnio nieco wyświechtany. Dlatego ogromny plus dla autorki (zresztą debiutantki) za to, że pięknego tajemniczego nieznajomego nie uczyniła wampirem, a jedynie osobą mającą władzę nad żywiołem. Kolejną zaletą powieści jest to, ze kontekstem (bardzo interesującym) całej historii jest mitologia celtycka i kultura irlandzka.

Kolejnymi zaletami powieści jest język, którym została napisana – zachowujący odpowiednie tempo i wciągający na tyle, że właściwie cała lektura jest oczekiwaniem „co będzie dalej”.
Podsumowując: powieść jest bardzo przyjemna i wciągająca. Dobra na czas, gdy człowieka dopada listopadowość (albo grudniowość).

Poniżej zamieszczam opis Wydawcy:
MIŁOŚĆ BYŁA IM PISANA
Megan Rosenberg przeprowadza się do Irlandii i nagle wszystko zaczyna nabierać sensu. Choć dorastała w Ameryce, w nowym miejscu czuje się jak w domu. W szkole poznaje wspaniałych przyjaciół i zakochuje się w tajemniczym, przystojnym Adamie DeRísie. Wkrótce odkrywa jednak, że jej uczucia względem Adama związane są z losem przypieczętowanym całe wieki temu – moc, która ich przyciąga do siebie może doprowadzić do ostatecznej zagłady.

Miłego!
qwerty

Final Fantasy XIV, czyli ładny mam kosturek

prawda, jaki ładny?

Przestałam szlajać się w koziej skórce na rzecz znakomicie leżącego worka/ponczo z kapturem. Kolega z gildii zrobił mi tarczę i przez jakiś czas hasałam z tarczą w lewej i pokrytym listowiem badylkiem w prawej dłoni, ale gdy wybił mi już pewien rank (i nie piszę o ranku fizycznym), postawiłam na kosturek i teraz wieczór w wieczór urządzam exodus małym biednym wiewiórkom z Eorzei. I – pochwalę się! – dodo też zabijam!

Kiedy nie zajmuję się przelewaniem krwi, doskonalę swoje umiejętności jako prządka. Nie umiem jeszcze uszyć nic sensownego (a nie, zaraz, raz uszyłam turban), ale mam już 10 albo 11 level.

Śmieszny ten crafting w FF XIV, a od kiedy kupiłam kołowrotek do przędzenia (prządkowania? pracy przączki), nawet śmieszniejszy.  Poza szyciem, uczę się także wyrabiać przedmioty ze skóry. Korci mnie również alchemia i gotowanie.

Fabularny mainline w FFXIV jest znakomity. W ogóle to bardzo rześka, wciągająca gra. Potwierdza się jednak, że żaden mmorpg bez społeczności nie wciąga. Dlatego podoba mi się gra z moją (polską zresztą) gildią.

Podsumowując: Gram w FF XIV. Czytam teraz głównie w parku. Najbliższa będzie autobiografia Aronsona. Biegam.

Lois McMaster Bujold – Stan niewolności i Strzępy honoru

Bardzo nierówna Pani. Zacznijmy jednak od początku.
Na Sagę Vorkosiganów trafiłam szukając jakiejś wyjątkowo wciągającej space opery. Na Lois McMaster Bujold trafiłam przypadkiem, tzn. dzięki Wikipedii. Najpierw był Stan niewolności. I chociaż język nie iskrzył jakoś szczególnie, podobnie jak nie iskrzyła fabuła, to Stan niewolności jest mimo wszystko bardzo przyzwoitym kawałkiem tekstu. Stworzonym sprawnym rzemieślniczo piórem.

Połknąwszy Stan niewolności, ponownie zajrzałam na Wikipedię, żeby zobaczyć co jest w kolejce do czytania. Strzępy Honoru – po Stanie niewolności – są dużym rozczarowaniem, bo mamy do czynienia z czymś pomiędzy space operą i romansem, z zastrzeżeniem, że w żadnym z gatunków książka nie wyróżnia się poziomem. Tajemnicę rozwiązało kolejne spojrzenie na Wikipedię. Otóż, Stan niewolności napisano kilka lat później, co daje jeszcze szansę Cyklowi, bo bałam się, że po pierwszej niezłej (chociaż nie zabójczej) książce, będzie tylko gorzej.

Przebrnę przez ten miłosny dramat „podstarzałej trzydziestoletniej” pani i opiszę co z kolejnymi tomami.

Tymczasem nie z książek:
W klimacie s-f polecam Outer Empires. To takie Eve Online na telefony komórkowe (ew. ipada).
Aktualnie jednak gram w FF XIV. Znowu. I lubię to.

Final Fantasy XIV jest absolutnie niepodobne do europejskich MMO. To główna zaleta i wada. Przeważa jednak jako zaleta, bo podczas gdy nie mam serca grać w normalne mmorpgi (nawet Age of Conan, chociaż tu nie ukrywam, pokusa jest duża i nawet mam postać na serwerze, gdzie śmierć jest trochę bardziej ostateczna, ;-) ), Final Fantasy ma klimat, który sprawia, że 2 godziny dziennie mnie cieszą. Pozwalają zwiedzać i celebrować odmienność tego mmorpga. Wchłaniać klimat Eorzei. Miłe.

Kto wie, może FF XIV doczeka się całkiem osobnego wpisu.

Orson Scott Card – Opowieść o Alvinie Stwórcy

Seria fantasy, którą już polecałam i w której jestem głęboko zakochana ze względu na język, humor, różne literackie smaczki i dobry, mądry wydźwięk.

Przeczytałam ją po raz kolejny i z każdym czytaniem zyskuje. Jedyną wadą tej serii jest brak ostatniego tomu (chociaż został zapowiedziany).

Polecam zwłaszcza osobom, które – tak jak ja – przywiązały się do cyklu o Kamyku Ewy Białołęckiej.

Bohaterem utworów jest Alvin Miller, syn młynarza, ale przede wszystkim siódmy syn siódmego syna. Oznacza to, iż jest postacią niezwykłą, stworzoną do rzeczy mających zmienić otaczający go świat. W kolejnych powieściach Alvin uczy się dysponować swoją mocą, poznaje możliwości swego umysłu, szuka swojego miejsca w świecie. Opiekuje się nim Peggy – „żagiew”, czyli osoba widząca przyszłe ścieżki ludzkich losów.


Edit:
Z ciekawostek – Gra Endera będzie ekranizowana.
To genialna wiadomość

Audiobooki fantasy

Trafiłam na jakieś bardzo karkołomnie czyszczone, ale nadal „jare” audiobooki R. E. Feista „Magician Apprentice” i kolejne tomy. Szumy przestaje się zauważać po 30 minutach.

Tymczasem, gdy Feist już się wyczerpał, przeanalizowałam sobie ofertę rodzimych sklepów z audiobookami, a później audible i… kurcze, dramat, szkoda. O wiele bogatszym zbiorem dysponują piraci, ponieważ piracą także to, co znajdowało się dotąd w zbiorach bibliotek.

Po wielu bojach z audiobookowimi sklepami, sięgnęłam po Furies of Calderon Jima Butchera.

Kristin Cashore: Wybrańcy

czyli świetnie skonstruowany produkt dla dziewczyn czytających fantastykę.

Jest magia. Jest wzbudzająca sympatię główna bohaterka. Są dylematy moralne. Jest miłość. Jest aż gęsto od emocji.

Wybrańcy Kristin Cashore to książka dobra, a dla pewnej grupy wiekowej – lub przy pewnych gustach czytelniczych – bardzo dobra. Dla kogo dobra? Dla miłośników prozy Trudy Canavan. Bo Wybrańców czyta się lepiej niż Trylogię Czarnego Maga i kolejne serie Canavan. Pani Cashore zresztą podobnie niespójnie jak Canavan skonstruowała swój świat, ale nie przeszkadza to specjalnie w lekturze, jeżeli czytamy dla samej przyjemności obserwowania „co będzie dalej”. Wybrańcy to pierwszy tom serii. Serii której wróżę dużą popularność.

Za Wydawcą:
Katsa od dzieciństwa ujawnia niezwykłe zdolności budzące w innych niechęć i lęk. Na dodatek despotyczny władca bez skrupułów wykorzystuje jej Dar do swoich celów.
Czy dziewczyna znajdzie sposób, aby odzyskać kontrolę nad swoim życiem i wypowiedzieć posłuszeństwo królowi? W jej świecie trudno o godnych zaufania sprzymierzeńców… Czy pozostanie w swej walce osamotniona? Jedno jest pewne: musi się zmierzyć ze śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem…

Podobne do: Trylogii Czarnego Maga Trudy Canavan

Książki fantasy dla młodzieży

właściwie będzie o fantasy i science-fiction. Tekst należy potraktować jako głos w dyskusji:

jak zachęcić dziecko do czytania.

Zacznijmy od tego, że nie byłam specjalnie rozczytanym dzieckiem. Byłam dzieckiem nadaktywnym na drzewach, trzepakach, dachach, kominach kotłowni, płotach, piwnicach i budowach. Książki przyszły po mnie późno, bo/albowiem/ponieważ dopiero w czwartej klasie szkoły podstawowej. Kiedy już przyszły, przyszły całkiem, doprowadzając do różnych złodziejskich epizodów, gdy – wstyd się przyznać – kolejne tytuły fantasy lądowały pod połą kurteczki. Tak się rozczytałam! ;-)

W każdym razie: długą nieobecność książek w moim życiu tłumaczę tym, że długo nie trafiłam na nic, co by mnie rozczytało. A rozczytana zostałam Tomkiem Sawyerem i przygodami Hucka Finna. A potem przyszła fantastyka i już w ogóle czytałam bez przerwy. W niniejszym wpisie dzielę się tytułami, które – jak sądzę – zachęcają do czytania:

1. Tomek Sawyer/Huck Finn – dla nicponi i młodych awanturników

Książki raczej dla dzieci niż młodzieży i bardziej chłopców, i chłopczyc, niż dziewcząt, chyba, że owe dziewczęta mogą się złamać i zostać chłopczycami w toku. Po lekturze Tomka Sawyera poszłam na moje pierwsze wagary. Książki bawiły, inspirowały i wywoływały dużą tęsknotę za zielenią (okropnie żałowałam, że mieszkam w mieście). Jeżeli szczenie zasmakuje w Tomku/Hucku warto mu podsunąć także Przygody Robin Hooda. Wszystkie te tytuły przeczytałam po wielokroć. Odliczałam dni, gdy ich nie czytałam, by móc przeczytać je ponownie po odpowiednio długim czasie ;-)

2. „Lewiatan” Scotta Westerfelda – dla szczeniąt około wieku gimnazjalnego

O Lewiatanie pisałam ostatnio. Jest niewiele książek, które zachęcałyby do nauki, albo tworzyły tzw. „kotwice” ułatwiające zapamiętywanie tematu ze szkoły. Lewiatan pozwala otrzeć się o historię, chociaż to nie „Klaudiusz” Gravesa. Lewiatan jest lekki, wartki i ma dużo akcji. To „dużo akcji” jest istotne jeśli chcemy przekonać dziecię do rozczytania się.

3. David Eddings – Belgariada; z wyobraźnią

Belgariada to pięciotomowa seria D. Eddingsa, rozpoczynająca się tomem „Pionek proroctwa”. Wracam do Belgariady bez przerwy od – policzmy? – jakichś 16 lat. Teraz co prawda po angielsku i słuchając jej w audiobooku, ale seria ta oraz jej kontynuacja (Malloreon) to kamień milowy na drodze mojego rozczytywania się. Dużo magii, dylematów cielątkowatych młodzieńców i akcji. Polecam dla szczeniąt w wieku 12 lat+

4. J.K. Rowling – Harry Potter

Harrego Pottera nie trzeba przedstawiać. Tom pierwszy jest najsłabszy, później zaś nie da się tej serii oprzeć. Znam mnóstwo dorosłych zaczytujących się w Potterze (obkładają okładki książek gazetami, żeby móc bezwstydnie czytać je w pociągu!). Jest wspaniały w wersji czytanej i audiobookowej (z P. Fronczewskim).

5. R.E. Feist – Adept Magii i kolejne tomy; epickie

Znakomita seria. Czasem rodzice chcą przekonać szczenięta do czytania podsuwając im Tolkiena, chociaż tolkienowski język jest przeznaczony dla bardziej wysmakowanych czytelników (p. „O Hobbitonie”). Seria Feista to podobny rozmach, ale bardziej przyswajalny język i zdecydowanie lżejsza lektura. Dużo akcji, elfy, krasnoludy, magia, dwóch młodych dzielnych bohaterów, a wszystko to składa się na rasową serię fantasy stojącą na bardzo przyzwoitym poziomie. Dla szczeniąt 12+

Scott Westerfeld – Lewiatan

Błogosławię fakt, że mam nieco więcej czasu na czytanie. Czytam sporo różności (znanych i nieznanych), a w międzyczasie wpadł mi w ręce całkiem świeży, wciąż pachnący drukarnią Lewiatan (autorstwa Scotta Westerfelda). Świeży, bo książka miała premierę 6 kwietnia. Wrażenia? Bardzo pozytywne. Lewiatan jest lekki, zabawny, ciekawy, narysowany przez autora dysponującego świetnym warsztatem pisarskim. Bardzo sensowne czytadło. Nawet ten „steampunk” nie zniechęca. Książka Westerfelda podoba mi się zdecydowanie bardziej niż – również inspirowana historią – seria N. Novik.

Za wydawcą:
Alek, syn arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i Zofii Chotek, pada ofiarą intryg politycznych i po śmierci rodziców w Sarajewie musi uciekać z Austro-Węgier. Deryn Sharp, która po ojcu baloniarzu odziedziczyła miłość do latania, robi wszystko, aby – nawet podstępem – dostać się do brytyjskich Sił Powietrznych.

Gdy wybucha I wojna światowa, Alek zmierza właśnie uzbrojoną machiną kroczącą do Szwajcarii, a Deryn leci niesamowitym, żywym statkiem powietrznym do Konstantynopola. Ich losy przecinają się niespodziewanie, a następnie splatają nierozerwalnie w serii wspaniałych przygód.

Ewa Białołęcka Naznaczeni Błękitem

Całkiem niesamowita seria. Bardzo łagodna, bogata, bardzo piękna. Przyjemna w czytaniu. Po Naznaczonych Błękitem sięgnęłam w trakcie którejś z przerw w przedzieraniu się przez A. Brzezińskiej Sagę o Twardokęsku. Twardokęskową sagę ciężko znieść, chociaż to dobra literatura, bo jest intensywnie przygnębiająca (jest po prostu ciężka) i nie pozostawia miejsca na oddech. Naznaczeni Błękitem to znakomity kierunek ucieczki. Chociaż w warstwie emocjonalnej seria jest „miękka” jak Ania z Zielonego Wzgórza, posiada świetnie narysowanych bohaterów i świetnie skonstruowany świat. Bardzo, bardzo godna polecenia.

Za Wydawcą:
W Lengorchii każde dziecko może urodzić się obdarzone magią.
Ale nawet magowie bardzo rzadko przyjaźnią się ze smokami.

Kamyk tworzy iluzje, Jagoda czyta w myślach, Nocny Śpiewak przekształca materię, Promień włada ogniem. Wszyscy są magami, lecz dla jednych talent oznacza awans na społeczne wyżyny, dla innych zaś obciążenie, gdyż za potęgę najczęściej płaci się słono. Jagoda odczuwa swoje naznaczenie jako przekleństwo, które odebrało jej miłość matki. Dla Nocnego Śpiewaka magiczne zdolności są przepustką do świata z marzeń, gdzie nikt nie jest głodny. Natomiast Zwycięski Promień Świtu za sprawą posiadanych mocy zostaje zdegradowany z uprzywilejowanej pozycji księcia do zwykłego chłopca, który sam musi sobie radzić zarówno z groźbą utraty życia, jak i z wiązaniem sznurówek. Kiedy wreszcie kapryśny los połączy gromadkę „naznaczonych magicznym błękitem” więzami przyjaźni, można się spodziewać wydarzeń nadzwyczajnych, zwłaszcza że towarzyszem jednego z nich jest futrzasty smok.